Wywiady
Kasia Kowalska
| Kasia Kowalska |
|
Po okresie pewnego zawahania kariery, który zbiegł się ze zmianami i problemami natury osobistej, Kasia Kowalska wróciła do czołówki, nagrywając płytę "5" (z dużym przebojem "Nobody..."), oraz poprzedzając na koncercie w Warszawie Stinga i Roberta Planta. Trzy lata temu ogłosiłaś (tytułem płyty), że jesteś pełna obaw. Czy bardzo dobre przyjęcie "5" sprawiło, że te obawy minęły? Kasia Kowalska: Tytuł "Pełna obaw" nie dotyczył przyjęcia moich nagrań, tylko poważnych zmian w życiu. Urodziłam wtedy dziecko i rozstałam się z Kostkiem Yoriadisem, więc na świat zaczęłam patrzeć zupełnie inaczej niż dotąd - przez inne okulary. Dotarło wtedy do mnie wiele rzeczy (chociażby to, dlaczego moja mama martwiła się, kiedy późno wracałam do domu), zaczęłam zadawać sobie pytania, jakich nie zadawałam wcześniej - słowem, znalazłam się w zupełnie nowej rzeczywistości, która zrodziła obawy, jak to wszystko się potoczy. Obawy w żadnym razie nie dotyczyły spraw zawodowych, kariery, powodzenia na rynku? Kiedy kobieta rodzi dziecko, wszystko inne przestaje się liczyć, a w najlepszym razie spada na trzeci plan. Teraz na karierę patrzę zupełnie inaczej niż kiedyś - i bardzo cieszę się ze zmiany optyki. Ale z przyjęcia "5" jesteś zadowolona? Pewnie. Jestem bardzo zadowolona i z samej płyty, i z jej przyjęcia przez fanów. Dlaczego "5" jest tak podelektronizowana? Dlatego, że teraz panują w muzyce elektroniczne trendy. No i że chcę z płyty na płytę zmieniać się, próbować na każdej następnej czegoś nowego, wprowadzać nowe elementy, a nie zasklepiać się w jednym. Lubię zmiany, lubię szukać nowych dróg, ponieważ jestem osobą, która się dość szybko nudzi. Ale "5" to przecież płyta rockowa, ponieważ elektronika tak naprawdę tylko dobarwia piosenki, dodaje im kolorów, urozmaica, przydaje nowoczesności. Dlaczego osoba ze znanym nazwiskiem i znaczącym dorobkiem zdecydowała się wziąć udział w Konkursie Premier na festiwalu w Opolu, ryzykując porażkę? Jakie to ryzyko? Wychodzę na scenę, pokazuję się ludziom, śpiewam piosenkę i nic więcej mnie nie interesuje. Naprawdę nic! Przyjechałam do Opola po to, żeby śpiewać, a nie po to, żeby wygrać albo przegrać. Dawniej może rzeczywiście się napinałam, ale z tego wyrosłam. Kiedyś występowałaś przed Bobem Dylanem, niedawno przed Stingiem i Robertem Plantem. Co dla ciebie oznacza możliwość poprzedzania takich gigantów? To wielkie wyróżnienie, tym bardziej że firma organizująca koncert Stinga i Planta sama mi zaproponowała występ. Ich obu wprost uwielbiam do tego stopnia, iż po prostu nie wyobrażam sobie lepszego zestawu artystów, których miałabym supportować. Oczywiście - ja wyszłam na scenę jeszcze za dnia, śpiewałam pół godziny i powiedziałam do widzenia, ale sama świadomość poprzedzania Stinga i Planta, to że taki występ zostanie zapisany w mojej biografii, że będę mogła pochwalić się córce występem przed swoimi największymi idolami - ma dla mnie niesłychane znaczenie. Parę lat temu pojawiłaś się na ekranie w "Nocnym graffiti", a potem nastąpiła filmowa cisza, która trwa do dziś. Czy to świadomy wybór, czy po prostu nie masz propozycji? Nie mam fajnych, interesujących mnie propozycji. Mogę na takie poczekać. A poza tym jest tyle młodych, utalentowanych aktorek... Słyszę, że nie ma w tobie pędu do filmu... Jest chęć grania, ale pędu rzeczywiście nie ma. Mówiłaś o tym, że ze związku z Kostkiem wyszłaś pokaleczona. Czy teraz, po paru latach, możesz powiedzieć, iż czas zagoił rany? To dla mnie drażliwy temat, w który wolałabym nie wnikać. Powiem tylko tyle - rany się nie zagoją, bo coś, w co bardzo wierzyłam, czyli rodzina, rozpadło się. Zresztą tu nie chodzi o mnie, lecz o moją córkę Olę, która jest najbardziej stratna. Dziecko potrzebuje i mamy, i taty... Dlatego wszystkie swoje wysiłki ukierunkowuję tak, by Ola miała na tyle normalny dom, na ile to w naszej sytuacji możliwe. Jan Skaradziński |

