Serwis o muzyce - teksty piosenek, zespoły, albumy muzyczne arrow Wywiady arrow Brathanki
Brathanki
Mówi się, że druga płyta jest dla zespołu najważniejsza, że to jej sukces zadecyduje, czy pozostanie on na rynku na dłużej, czy też będzie tylko zespołem jednego przeboju. Jak to jest w przypadku Brathanków, zgadzacie się z tą opinią?
Janusz Mus: Zgadza się. Ta druga płyta rzeczywiście jest dla nas bardzo ważna i z takim założeniem podeszliśmy do pracy nad nią. Zaangażowaliśmy się w 100%, włożyliśmy w nią całe serce, wszystkie nasze umiejętności. Chcieliśmy, żeby rzeczywiście była lepsza, a przynajmniej tak samo dobra jak nasza pierwsza płyta - Ano!. Oczywiście, o końcowym efekcie, o tym czy udało się nam tego dokonać, zdecydują słuchacze. My w każdym razie mamy cichą nadzieję, że płyta spodoba się wszystkim.

Czy pragnienie, żeby druga płyta dorównała sukcesowi pierwszej, bardziej was paraliżowało czy mobilizowało?
Halinka Mlynkowa: Oczywiście, że bardziej motywowało! Ponieważ nagranie płyty Patataj było dla nas ogromnym wyzwaniem i każdy z nas włożył w nią kawał serca, dla wszystkich członków Brathanów stała się bardzo ważna. Tym bardziej, że rzeczywiście ogólnie przyjęto, że wymaga się więcej od drugiej płyty. Każdy myśli sobie: OK, ta pierwsza była fajna, to teraz dopiero pokażcie, co umiecie!. Tak że na pewno wszyscy nasi słuchacze są pełni oczekiwań, jaka ta płyta będzie. Zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy, żeby sprostać temu wyzwaniu. Niebawem płyta się pojawi i ocena będzie zależała tylko od ludzi. Czy spodoba się wszystkim, trudno powiedzieć, bo gusty są różne... Nasz nowy krążek jest trochę inny od poprzedniego, więc wszystko będzie zależało od tego, czy słuchacze znajdą na nim coś dla siebie. Do tej pory zawsze odnajdywali. Płyta Patataj jest tak bardzo zróżnicowana, zawiera w sobie tak różne style muzyczne, że grupa naszych fanów powinna się tylko poszerzyć.

Chcieliście, żeby nowa płyta znacznie różniła się od poprzedniej czy raczej żeby było to Ano! 2?
Janusz: Przede wszystkim pomysł i inspiracje były bardzo podobne do tych z pierwszej płyty. W dalszym ciągu inspirujemy się folklorem i bazujemy przede wszystkim na folklorze węgierskim. Tym razem wykorzystaliśmy materiały źródłowe, które otrzymaliśmy od Ferenca Sebö. Poszerzyliśmy jednak horyzonty: dotarliśmy do Grecji - jest tutaj piosenka rodem z tego kraju, oprócz tego sięgnęliśmy po utwór Franka Zappy (Let's Make the Water Turn Black), są ludowe melodie słowackie, są też nasze kompozycje. Zaprosiliśmy też gości, przyjaciół, m.in. wspomnianego już Ferenca Sebö z zespołem. Ferenc zaśpiewał sam, w duecie z Halinką, zagrał również na instrumencie tak egzotycznym dla Polaków, jak lira korbowa.

Wspomniałeś o coverze Franka Zappy - Brathanki śpiewają Franka Zappę?!
Halinka: Nasz gitarzysta Jacek Królik jest zauroczony muzyką i twórczością Franka Zappy. Nie tylko zresztą on, reszta zespołu także, ponieważ w przeciwnym razie moglibyśmy się na to nie zgodzić. W muzyce Zappy jest dużo optymizmu, jest niezwykle żywiołowa; przetworzyliśmy w sposób 'brathankowy' jeden z instrumentalnych utworów Zappy i wyszedł nam naprawdę bardzo fajnie. Ale jest także wiele elementów jego muzyki w piosenkach, które sama śpiewam. Nasza muzyka bazuje wprawdzie na muzyce ludowej, ale aranżacje są już bardziej w stylu współczesnym, czasem z elementami rocka. Nie trzymamy się tu stricte ludowych zasad.

A nie nęciło was, żeby nagrać jakąś piosenkę z angielskim tekstem?
Halinka: Na razie o tym nie myśleliśmy, ale jesteśmy otwarci na takie propozycje w przyszłości. Prawdopodobnie taka sytuacja zaistnieje, jeżeli będziemy współpracować z zaprzyjaźnionymi muzykami zagranicznymi. Jeśli wszystko pójdzie tak jak myślimy i współpraca dojdzie do skutku, to prawdopodobnie już niedługo zaśpiewamy po angielsku. Na razie jednak trzymamy się języka polskiego, ponieważ w tym języku nam idzie najlepiej! (śmiech).

A co z reedycją płyty Ano w Czechach? Wiem, że były takie propozycje, aby wydać ją z czeskimi tekstami.
Halinka: Kiedy zagraliśmy koncert w Czechach, na Hradczanach, doszło do spotkania przedstawicieli naszej wytwórni Sony Music Polska z czeskim oddziałem Sony i wtedy powstały takie plany. Dopóki jednak te dwie instytucje się nie porozumieją, nie możemy oficjalnie wejść na rynek czeski. Dodam tylko, że przetłumaczyłam na ten język trzy piosenki: Siebie dam po ślubie, Gdzie ten który powie mi i Czerwone korale. Ukazały się na handlowej wersji singla Siebie dam po ślubie. Także w Polsce na koncertach często gramy czeską wersję Czerwonych korali. Powoduje to często zabawne sytuacje, bo wiadomo, że język czeski dla Polaków jest śmieszny.

Porozmawiajmy teraz o waszym pierwszym singlu z nowej płyty W kinie, w Lublinie - kochaj mnie. Tam śpiewacie o bardzo wielu miejscowościach - czy w którejś z nich jeszcze nie graliście? Wiem, że jesteście zespołem BARDZO koncertowym.
Janusz: Tak, prawdopodobnie wszędzie tam już zagraliśmy! A propos: już dochodzą do nas listy z podziękowaniami od burmistrzów różnych miast, dumnych, że taki zespół jak Brathanki o nich śpiewa. Zbyszek Książek, autor tekstów, który często jeździ do Gętlewa na Mazurach, jest to niewielka miejscowość wypoczynkowa, opowiada, że ostatnio, po tym jak w radio pojawiła się już nasza piosenka, siedział pewnego wieczoru na imprezie u sołtysa i jak tylko gdzieś leciało W kinie, w Lublinie..., to radioodbiorniki podkręcano na full! W dodatku nad ranem upojony sołtys stwierdził: Słuchaj, Zbyszek, nie ma żartów - przechodzimy do historii! (śmiech).
Halinka: Przeżywają tę piosenkę na pewno ludzie, którzy mieszkają w wymienianych w niej miejscowościach i utożsamiają się z utworem. Ostatnio, gdy lecieliśmy z Białegostoku do Krakowa, pilot, który nas przewoził, chwalił się, że on jest z Lublina.

Halinko, czy korzystałaś z pomocy logopedy lub innego specjalisty od poprawnej wymowy, gdy uczyłaś się tekstu tej piosenki? Pytam, ponieważ są w niej bardzo trudne do wymówienia zbitki słów, np. "w Skarżysku i w Sanoku", "w berecie, w czapce, w chustce", które musisz powtarzać bardzo szybko.
Halinka: Jest to straszny językołamacz, ale nie korzystałam z niczyjej pomocy. Jednak to prawda, to bardzo trudna piosenka do zaśpiewania.

Opowiedzcie o swoich koncertach. Czy jakiś wspominacie najmilej ze wszystkich, które do tej pory zagraliście? Czy wydarzyło się coś, co zbiło was kompletnie z tropu i co wspominacie do dzisiaj?
Halinka: Było mnóstwo fajnych koncertów...
Janusz: Bardzo dużo. Liczba koncertów, które zagraliśmy od ubiegłego roku, sięga dwustu, więc trudno teraz powiedzieć, czy był jakiś jeden wyjątkowy. Było ich na pewno wiele. Były takie miejsca, gdzie koncerty były specyficzne, indywidualne. Wszystko zależały od klimatu, od atmosfery towarzyszącej danemu miejscu...
Halinka: Ja myślę, że jednym z niezapomnianych naszych koncertów może być Opole w zeszłym roku, kiedy ludzie nie chcieli puścić nas ze sceny. Wydaje mi się, że to wydarzenie zostało na długo nie tylko w naszej pamięci, ale i w pamięci widowni, telewidzów, którzy później do nas wydzwaniali, mówiąc: "To było istne szaleństwo!" Myślę, że prowadzący koncert także długo tego nie zapomną, ponieważ trochę im to pomieszało plany. Jest to jeden z koncertów, o których na pewno nie zapomnimy. Zdarzały się poza tym różne śmieszne historie, np. raz zaczęła się pode mną zapadać podłoga. Pamiętam, że kiedy deski zaczęły się załamywać, panowie stojący za sceną musieli ja jakoś podtrzymywać. Bardzo ich za to podziwiam i dziękuję im za to, że nosili mój ciężar na własnych plecach! (śmiech).
Janusz: To było tak: jeden z organizatorów pobiegł pod scenę, żeby Halinka tam nie wpadła, bo jakaś deska się oderwała. Faktycznie - musiał podtrzymywać ją własnymi plecami. Nasz techniczny, widząc, co się dzieje, przybiegł z młotkiem i gwoździem i chciał tę deskę przybić, nie wiedząc, że ktoś jest pod spodem (śmiech).

Czy nagrywając nową płytę, wchodziliście do studia z gotową wizją, i czy piosenki, które się na niej znalazły, były już prawie gotowe, czy też powstały dopiero podczas pracy w studiu?
Janusz: Tak, był okres poprzedzający pracę w studiu, kiedy przygotowywaliśmy się, próbowaliśmy i zbieraliśmy materiał, tak żeby ogólny zarys był zamknięty. I później, przy okazji sesji, wiele pomysłów powstało na gorąco, ale to naturalne...

Gracie mnóstwo koncertów. Czy nagrywając piosenki, od razu zastanawiacie się, jak będą one brzmiały na żywo?
Janusz: Oczywiście. Pracując nad utworem, czy się go komponuje, opracowuje, czy też w jakiś sposób przetwarza, zwraca się generalnie uwagę na takie rzeczy, jak np. czas utworu; czy trwa on dwie godziny, dwie minuty, pięć. Jeżeli numer jest fajny, ale za długi, to wiadomo, że w żadnym radiu go nie puszczą. To są rzeczy mało istotne dla normalnego słuchacza, ale pracując nad materiałem, trzeba mieć tę świadomość i zdawać sobie z tego sprawę. Czy linia melodyczna jest na tyle nośna, że wpada w ucho i komuś może się spodobać. Później dochodzi cały problem aranżacji. Chodzi o to, by aranżacje były ciekawe, a siedmioosobowy zespół nie grał jednocześnie, bo nie na tym polega cała zabawa.
Halinka: Oczywiście, są detale, które wymyśla się już w studiu i dodaje na koniec, bo coś fajnego komuś wpadnie do głowy, ale to się dzieje później. Zazwyczaj główną bazę i piosenkę z aranżacją przygotowujemy wcześniej, jeszcze przed wejściem do studia. Śmieszne detale i krótkie wstawki dodajemy na koniec, w studiu, jeżeli oczywiście, jest na to czas.

A czy mieliście jakieś pomysły na dodanie krótkich wstawek melodyjnych, takich jak na pierwszej płycie: Brathanki na Dzikim Zachodzie, Brathanki w dyskotece? Czy nie chcieliście zrobić np. "Brathanków w kosmosie", "po chińsku"?
Janusz: Tu podeszliśmy do problemu w troszeczkę inny sposób, aczkolwiek jest to także taka nasza zabawa. Są dwa numery instrumentalne: m.in. właśnie Frank Zappa zagrany w naszym składzie, w naszym instrumentarium, i jest polka, kompozycja Jacka Królika.

Powiedzcie, do kogo należy głos, który słychać na początku płyty w tekście "A on tak całował mnie..."
Janusz: Jest to wujek Staszek Stendalski, prawdziwy wujek Piotrka i Jacka Królików. Wujek mieszka w Mogilanach pod Krakowem. Ma około osiemdziesięciu lat.
Halinka: I jest już w zasadzie wujkiem całego zespołu (śmiech).
Janusz: Wujek zgodził się wystąpić bez żadnych problemów. Znaliśmy go już wcześniej - wujek na wszystkich imprezach i biesiadach rodzinnych zawsze występował jako wokalista, więc jego specyficzny wokal był już nam znany. Chcieliśmy go pokazać publiczności.
Halinka: Tym bardziej, że on uczył się chyba kiedyś śpiewu operowego i nieraz występował w radio. Gdy wchodził do studia, by nagrać z nami piosenkę, to mówił: "Co to teraz za technika, kiedyś to się zapalała czerwona lampka, potem się wyłączała, wychodziło się i po robocie..."
Janusz: "A teraz to jakieś komputery, nie wiadomo co..." (śmiech).

Halinko, teraz w kwestii aparatu nazębnego. Swojego czasu ten aparacik był bardzo kojarzony z tobą i niektórzy zastanawiali się nawet, czy nie jest to część twojego image'u. Poszedł już w odstawkę, rozumiem więc, że miał chyba funkcję czysto dentystyczną?
Halinka: Tak, ale nadal go mam, tylko nikt tego nie widzi. Przez cały rok mam na zębach aparat przyklejony z drugiej strony. Na noc zakładam jeszcze inny, tak że noszę przez cały czas dwa aparaty. Ale nie przeszkadza mi to.
Janusz: Dbasz o ząbki, generalnie.
Halinka: Jak najbardziej. I wszystkim polecam, żeby dbali!

Powiedz, co z twoimi studiami. Wiem, że podczas nagrywania poprzedniej płyty kończyłaś etnologię i...
Halinka: I nadal kończę. (śmiech) Podczas wakacji mieliśmy kilka dni wolnych i wtedy pojechałam do Czech, aby zrobić badania terenowe. Zrobiłam wszystkie wywiady, zdjęcia i to już jest gotowe, na dyskietce. Czekam tylko na moment, gdy znajdę czas, żeby to uporządkować, dokończyć wstęp, napisać zakończenie, podpisać wszystkie zdjęcia...

Czyli została ci końcówka pracy magisterskiej, tak?
Halinka: Jak najbardziej. Mam przedłużony termin do listopada tego roku, zobaczymy więc, jak to będzie...

Powiedzieliście kiedyś, że folk jest zakorzeniony w ludziach. Nie da się ukryć, że w tym roku nastąpił boom folku. A wszystkie boomy mają to do siebie, że szybko się kończą. Folk, faktycznie, jak był, tak i jest zakorzeniony w ludziach, ale na pewnym etapie było to raczej mało zwracające na siebie uwagę zjawisko. Powiedzcie, czy nie boicie się, że skończy się moda na muzykę, na której się dotąd skupialiście?
Halinka: Wiesz, my tak do końca nigdy nie podpisywaliśmy się pod tym, że jesteśmy zespołem folkowym. Bazą naszej muzyki jest faktycznie muzyka czy raczej ludowa linia melodyczna, ale poza tym wszystkie aranżacje są już współczesne i dosyć daleko od odbiegają od folku. Tak więc absolutnie nie zamykamy się w tej jednej dziedzinie muzycznej... Moda przemija, ale jeżeli nasza muzyka będzie wystarczająco interesująca, zawsze będą ludzie powracający do naszej muzyki i zawsze ktoś jej będzie słuchał. Tak jak kiedyś przewijały się mody na różne style muzyczne, każdy gatunek miał swój czas. Mnóstwo zespołów, które wypłynęły na fali jakiegoś trendu, przetrwało do dziś. Tłumy ludzi nadal przychodzą na ich koncerty. Mamy nadzieję, że z naszym zespołem będzie podobnie.
Janusz: Wydaje mi się, że najważniejsze jest to, że ludzie nagle odkryli, że w muzyce ludowej jest duża siła, duża energia, piękne melodie, ciekawe rytmy, muzyka, która może się podobać. Dla nas było to bardzo istotne i dlatego założyliśmy sobie, że będziemy się inspirować tą muzyką. Ale faktycznie, w naszych aranżacjach nie wszystkie utwory brzmią ludowo. Czasami to brzmienie jest bardziej rockowe. Takich zespołów ostatnio powstało w Polsce bardzo dużo i, z tego co wiemy, cały czas tworzą się nowe. Jest ich coraz więcej na rynku i uważam, że to dobrze, że folklor jest pokazywany na różne sposoby. Jak już Halinka wspomniała, rzeczywiście nie jesteśmy zespołem ludowym i nie chcę tutaj nagle twierdzić, że jesteśmy "folklorystami", bo to jest nieprawda. W ten sposób moglibyśmy jedynie zrobić krzywdę tym ludziom, którzy rzeczywiście znają się na folklorze, od urodzenia bardzo dobrze go śpiewają, znają go od podszewki. Chcemy jedynie pokazać go większej publiczności, na taki "nasz" sposób, ponieważ czujemy, że w folklorze drzemie ogromna siła i energia. Na nowej płycie, mimo że nadal czerpiemy z folkloru, jest on dla nas już tylko jednym z wielu pomysłów na granie i wydaje nam się, że to też powinno się słuchaczom spodobać.

Chciałbym zapytać o utwór "Moje uda, moje oczy". Odniosłem wrażenie, że brzmisz w nim jak Justyna Steczkowska... Czy twórczość którejś z wokalistek w Polsce jest dla ciebie inspirująca?
Halinka: Podziwiam wiele polskich wokalistek, ponieważ tworzą piękną muzykę i jeszcze potrafią połączyć życie prywatne z życiem zawodowym. Są to Ania Jopek, Justyna Steczkowska, Edyta Górniak, która dąży wytrwale do swojego celu i reprezentuje Polskę w innych krajach Europy i nie tylko. Maryla Rodowicz już od tylu lat nadal bawi publiczność i cały czas nawiązuje kontakty z różnymi krajami, także z Czechami.
Nie wzoruję się jednak na nikim i nigdy nie miałam takich ciągotek. Wydaje mi się, że każdy człowiek jest niepowtarzalny i odtwarzanie kogoś innego do niczego dobrego nie prowadzi. Porównanie do Justyny bardzo mnie zaskoczyło, tym bardziej że ma ona bardzo oryginalny głos i nigdy bym nie pomyślała, że kiedyś uda mi się taka sztuka!

Nie inspirowałaś się, przyznaj się?!
Halinka: Nie, absolutnie nie. Muszę się przyznać, że ja do tej pory nie słuchałam za wiele polskiej muzyki. Dochodziły do mnie tylko różne głosy z radia. To, że zaczęłam rozpoznawać głosy polskich wokalistek, zawdzięczam Cecylii i Magdzie Steczkowskim oraz chłopcom z zespołu. Kiedy słyszałam coś ciekawego w radio, od razu pytałam ich, kto to śpiewa. Wcześniej słuchałam trochę innej muzyki. Ponieważ byłam bardziej związana z Czechami, słuchałam muzyki czeskiej. Dopiero niedawno poznałam polskie wokalistki...

Czy są na tej płycie utwory, które są wam szczególnie bliskie, o których chcielibyście opowiedzieć, na które chcielibyście zwrócić uwagę słuchaczy?
Halinka: Tak, myślę, że jest taki jeden piękny polski utwór. Jego kompozytorem jest świętej pamięci profesor Stanisław Hadyna, założyciel zespołu Śląsk. Zagraliśmy jego utwór Ondraszek - w naszej wersji jest to przepiękna piosenka, taka modlitwa o górach. Myślę, że wszyscy możemy uznać ją za jedną z faworytek na tej płycie.
Janusz: Na uwagę na pewno zasługuje także utwór Ferenca Sebö. Dla nas jest to bardzo ciepły utwór, chociażby z tego względu, że nastąpiło faktycznie zbratanie się i zintegrowanie właśnie z Ferencem Sebö.

Jaki jest jego tytuł?
Halinka: Zawsze może być przecież gorzej. Myślę, że jeszcze jednym utworem, który zachwyci wszystkich, jest utwór Franka Zappy. Co ciekawe, ta piosenka idealnie pasuje do Brathanków, chłopcy tak pięknie ją zagrali, że pewnie wiele osób będzie bardzo zaskoczonych. Podejrzewam, że wielu instrumentalistów, którzy będą próbowali zagrać ten utwór, miałoby z tym kłopoty.
Janusz: No, Halinko, już nie przesadzaj...
Halinka: Jest naprawdę wspaniały i każdy to zauważa.
Janusz: Nie znasz polskich instrumentalistów!

Maciek Rychlicki




Oferta Neofit.pl

Logowanie

Login

Hasło

Zapamiętaj mnie
Nie pamiętasz hasła?
Nie masz konta? Załóż je sobie

Goscimy

Aktualnie jest 5 gości online
godziny nadliczbowe O magazynowaniu pasma świetlne biznesplan mapa polskiOPISY NA GG | OPISY DO GG | mp3 download | Dowcipy | Forum
MTA GTA | Radio Pulsar | Festiwal TOPTrendy | kursy multimedialne | Dodawarka | opony zimowe | worek treningowy | wypożyczalnia aut trójmiasto | Złącza ciesielskie | Firanki